poniedziałek, 25 czerwca 2012

Koszmar na jawie

Eragon patrzył z przerażeniem w tamtą stronę. Czy to już koniec, zastanawiał się. Dobrze wiedział, jak skończył się sen Saphiry.
Zobaczmy, czego chcą- zasugerował Eragon udając, że jest opanowany, choć tak nie było.- Może wszystko będzie w porządku...?
Saphira machnęła ogonem, ale skierowała się w stronę pędzących rumaków. Wylądowała przed Nausadą, a jej rumak wierzgnął omal jej nie zrzucając.
-Eragon! Saphira!- krzyknęła królowa z wyraźną ulgą.- Co wy tu robicie?
Tak właściwie to wracamy do domu- mruknęła Saphira.
-Nie ma mowy!- Eragon zeskoczył z siodła i dodał w myślach:- Smoki i Jeźdźcy są po to, by utrzymywać w Alagaesii pokój, a nie zwiewać z podkulonym ogonem, gdy robi się gorąco! Przecież ty uwielbiasz walczyć...
Saphira zostawiła jego słowa bez komentarza. W rzeczywistości ona chciała walczyć z dziwnymi przybyszami, ale bała się o Eragona.
-No to widzę, że mam dla was kolejne zadanie- oznajmiła królowa.- Sprawdźcie kim lub czym są te stwory i zabijcie je, jeśli mają wobec nas złe zamiary.
-Tak, pani- powiedział Eragon.
Saphira niechętnie wleciała w górę. Ze swojego miejsca (wysoko nad głowami królowej i jej kawalerii) przyjrzała się dziwnym smokom i ich jeźdźcom. Smoków było dokładnie czternaście, o ile jakiegoś nie pominęła. Ich sierść lśniła różnymi kolorami, tak jak łuski zwykłych smoków, a sylwetki mieli wychudłe. Wyglądali tak, jakby sierść obrastała nawleczoną na same kości skórę. Krótko mówiąc brakowało im mięśni i mięsa pod skórą. Gdy podlecieli bliżej widok zaparł jej dech w piersiach. Te stwory (i ,,smoki", i ich jeźdźcy) nie mieli oczy. Na twarzach lśniły puste oczodoły.
Na czele leciała wielka Zmora (tak Saphira nazwała te niby-smoki) z czarną sierścią, a rozmiarami dorównywała małemu wzgórzu, z którego razem z Eragonem zauważyli kawalerię Nausady. 
W końcu smoczyca, za namową Eragona, podleciała do Zmor, ale pozostawała od nich na tyle daleko, by chwilę czasu minęło nim oni do niej dotrą. Saphira pozostawała w jednym miejscu, lekko uchyliła paszczę, by zdążyć zionąć ogniem w razie zagrożenia.
Eragon położył dłoń na rękojeści Brisingra i zablokował umysł zaraz po tym jak spróbował sięgnąć myślami do przybyszy. I nic. Stwory były tym dziwniejsze, że w ogóle nie wyczuwał ich obecności. Tak samo jak w przypadku Ra'zaców, choć oni zapewne Ra'zacami nie byli.
Zmory zatrzymały się bardzo blisko nich. Od tej ogromnej,, czarnej dzieliło ich zaledwie 10 stóp przed nimi.
-Och, Eragonie, Saphiro - powiedział jeździec czarnej Zmory, a jego głos brzmiał znajomo.- Miło, że znów się spotykamy.
Galbatorix!!! uświadomił sobie Eragon.
Ale... jak... on...- jąkała się Saphira.- On nie żyje!
Nie bali się rozmawiać ze sobą, bo skoro Galbatorix nie miał już umysłu tak jak kiedyś, to nie może przypuścić na nich ataku.
-Ty nie żyjesz!- wycedził Eragon przez zęby.
-Nie- zgodził się Galbatorix.- Shruikan i moich trzynastu kolegów też nie. Widzisz, chłopcze, to dość skomplikowane... Kiedy ostatnio widziałeś Morzana - wskazał ręką mężczyznę siedzącego za na czerwonej Zmorze lecącej za Shruikanem- był człowiekiem z krwi i kości, ponieważ ktoś oddał za niego swe życie. My teraz jesteśmy samoistni jak duchy... nieśmiertelni, niezniszczalni. Przyszliśmy się zemścić. Najpierw zginiesz ty, potem twój synek, a na końcu zabawimy się z córeczką i Aryą.
-Ja na to nie pozwolę!!!- ryknął Eragon i zamachnął się mieczem. Przebił Galbatorixa mieczem na wylot. Cios, który uśmierciłby człowieka na miejscu, duchowi nie wyrządził żadnej krzywdy.
W odwecie Galbatorix ciął na oślep, poważnie raniąc Saphirę. Rana zdobiła niemal całą pierś- od lewej strony szyi do kolana prawej nogi.
Saphira ryknęła rozjuszona. Zrobiła salto do przodu, zanurkowała w dół i kręcąc się jak śruba wylądowała w dużej odległości od wrogów. Nie wiedziała jak daleko tamci są, bo zaczęła tracić wzrok. Odzyskała go po chwili i zorientowała się, że Eragon zsiadł z niej i uleczył ranę. Chłopak znów wskoczył na siodło, a smoczyca poderwała się do lotu. Leciała na wschód. Zmartwiło ją, że nigdzie nie widziała wrogów. Z zaskoczenia ktoś wbił pazury w jej udo. Wyrzuciła tylne nogi za siebie jak koń, kopiąc napastnika pod brzuch. Odwróciła się i zobaczyła czerwonego-bezimiennego-smoka-zdrajcę, którego dosiadał Morzan.
-A więc znów się spotykamy, Eragonie -powiedział Morzan, a z szyderczym chichotem dodał:- Widzę, że udało ci się przywrócić do życia to niebieskie bydlę.
Eragon wściekły uniósł miecz nad głowę, ale w tym momencie Saphira skoczyła na Morzana.
-Saphiro, nie!- krzyknął Eragon, ale w tym momencie smoczyca wbijała już szpony w szyję czerwonej Zmory.
Było to dla niej dziwnym uczuciem, bo pod pazurami nie wzbierała krew, a stwór nie wydał z siebie ryku bólu, tylko patrzył na nią pustymi oczodołami.
Saphira skuliła się pod tym spojrzeniem pod tym spojrzeniem. Pożałowała, że go zaatakowała (ze względu na bezpieczeństwo jej i Eragona). Skoczyła do tyłu i zaczęła lecieć w dół. Zmora strzeliła w nią piorunem, ale chybiła i piorun trafił w ziemię. Sucha trawa pod nimi (byli blisko pustyni Hadarackiej) zapłonęła błękitno-złotym-ogniem, który szybko się rozprzestrzenił ogarniając kilkanaście metrów kwadratowych.. Drugi strzał błyskawicą również nie trafił w smoczycę, ale Eragon stracił równowagę. Omal nie spadł z siodła. Jakiś czar przytrzymał smoczycę w miejscu. Trzeci atak piorunem  uderzył w siodło. Eragon spadł z siodła. Saphirze błysnął przed oczami koniec jej snu (ale teraz nie śniła):  
Jeździec spadał w ognistą paszczę ziemi , a ona mogła się tylko temu przyglądać, zawodząc wniebogłosy...

DALSZY CIĄG:


Eragon był zbyt oszołomiony i za słaby, by ratować się magią. Spojrzał tęsknie w stronę przerażonej Saphiry.
MÓJ MAŁY!!! - ryknęła i Jeździec poczuł, jak smoczyca napiera z całej siły na przytrzymujące ją zaklęcie.
Kocham Cię, Saphiro...- szepnął czując, że zaraz wpadnie w sam środek ognistego piekła i zginie. 
Czy to będzie bolało?, zastanawiał się. Przeżył wiele bitew, dużo razy otarł się o śmierć, ale jeszcze nigdy nie był tak przerażony i bezradny.
Usłyszał ryki smoków lub Zmor, nie odróżniał ich głosów. Nagle wylądował na czymś, a siła uderzenia sprawiła, że uleciał mu cały tlen z płuc. Było mu gorąco, ale nie palił się. Widział dużo czerwieni, a świat dookoła wirował. Usiadł i rozejrzał się. Siedział na czerwonym smoku... Tak, na pewno nie była to Zmora. A czerwony smok był tylko jeden w całej Alagaesii.
-Cierń!- krzyknął Eragon.
Jesteś cały? - spytał smok.
-Owszem... Chyba...- zastanowił się chwilę i dodał z przerażeniem.- Saphira!
-Miło cię znów widzieć, bracie - powiedział z przekąsem Murtagh, którego Eragon wcześniej nie zauważył.- Widzę, że ona radzi sobie lepiej od ciebie...
Cierń odwrócił się pod kątem tak, by Eragon mógł bez trudu dostrzec smoczycę. W tym momencie uwolniła się od czaru (Gdyby nie Murtagh, pomyślał Eragon, to i tak nie zdążyłaby mnie uratować.) i zaatakowała Kialandiego. Rozdarła pazurami bark jego brązowej zmory. Strzępy skóry błyskawicznie się zrosły, a miecz Kialandiego przeleciał o cal od szafirowych łusek na szyi smoczyca.
Saphiro!- krzyknął Eragon.- Ich nie da się zabić! Omal nie zginąłem, nie chcę teraz stracić ciebie... Choć tu, mam pomysł.
Smoczyca parsknęła, ale posłuchała go.
Eragon chciał od razu wskoczyć na smoczycę, ale skrzydła olbrzymów, nie pozwoliły im się do siebie za bardzo zbliżyć. Jeździec nie miał szans doskoczyć do smoczycy, a rzucić się w dół, by ona go złapała, to był zbyt ryzykowny pomysł.
Lećmy do wybrzeża- powiedział Eragon posyłając myśli do całej trójki towarzyszy.- Tam może uda nam się wylądować.
Saphira spojrzała w dal i syknęła z rezygnacją. Wszyscy podążyli za jej wzrokiem.
W dali, najwyżej milę od strony Pustyni Hadarackiej, nadciągało wojsko. Kilka tysięcy martwych rycerzy. Wśród nich Eragon dostrzegł jakiś blask, biąłą plamkę wśród czerni.
Ramr...- rzuciła Saphira i miała rację.
Jednorożec zabijał ludzi-duchy jak myśliwy zwierzynę. Nagle Eragon zobaczył, że jeden z rycerzy szykuje się do zadania śmiertelnego ciosu w szyję jednorożca.
-Ganga!(Idź!)- krzyknął Eragon, chociaż wiedział, jak niebezpieczne jest przenieść pół tonowe zwierzę z odległości mili.
Jednak się udało. Eragon przeniósł jednorożca kilka metrów w lewo i to wystarczyło, by uratować mu życie. 
Nigdy tego nie zapomnę, Eragonie- szepnął Ramr.
To ty nam pomagasz...- Eragon był lekko zakłopotany.
Obiecałem to Lili w zamian za uratowanie mi życia.
Możesz zniszczyć zaprzysiężonych?
Nie, ich nie. Mój róg ma na tyle mocy, by dać radę jedynie zwykłym ludziom. Zaprzysiężonych i smoki musisz zniszczyć sam... 
Smoki doleciały do linii wody i Eragon odetchnął.
 Co teraz zamierzacie?- spytał CierńEragon miał plan, ale pokręcił głową.
-Na razie nie mogę wam powiedzieć. Zastanawia mnie jedno... Co wy tutaj robiliście?
Tym razem odpowiedział Murtagh:
-Morzan chciał, byśmy do nich dołączyli...
...ale się nie zgodziliśmy.-kontynuował Cierń.
-Chciał nas zabić...
...więc uciekliśmy. Potem natknęliśmy się na was.
Eragon dosiadł Saphirę, a przy okazji podzielił się z nią swoim planem.
Spróbujcie ich zająć przez chwilkę- poprosiła smoczyca.- Postaramy się błyskawicznie wrócić, ale musimy polecieć do domu, więc nie przybędziemy wcześniej niż jutro. Przy dobrych wiatrach...
Jasne!- prychnął Cierń niezadowolony.
Oba smoki wzniosły się w niebo.
-Murtaghu...- powiedział Eragon nim się rozstali.- Dziękuję za uratowanie mi życia.. Ja z Saphirą jesteśmy waszymi dłużnikami...


DALSZY CIĄG:

Saphira mknęła nad wodą niczym lśniąca strzała. Eragon jeszcze nigdy nie widział jej  tak zbulwersowanej. Cały czas starał się wspomagać smoczycę swoimi siłami. Od szybkiego, sprawnego dotarcia do domu zależało życie wszystkich, których kochali, a może nawet los całej Alagaesii. Oboje świetnie o tym wiedzieli. Nie tracili czasu i sił na rozmowę. Tylko co jakiś czas Eragon powtarzał w duchu: Szybciej, szybciej... Choć Saphira słyszała to, wiedziała, że on jej nie popędza, więc zostawiała to bez komentarza. 
Minęło kilka godzin nim zza horyzontu ukazał się zarys Vroengardu. Słońce już zaszło i świat zaczynał ciemnieć.
Smoczyca wylądowała w swoim zagłębieniu w ich domu. Aryi, dzieci ani ich smoków nigdzie nie było, co ucieszyło Eragona. Nie chciał ich martwić, a gdyby się spotkali, musiałby wszystko opowiedzieć. Jeździec szybko zeskoczył z siodła. Zaklął, gdy nogi się pod nim ugięły i upadł na wyciągniętą łapę smoczycy. Oddał jej zdecydowanie za wiele energii... Stojąc w miejscu odetchnął kilka razy, a potem zaczerpnął sił od wszystkich kwiatów i traw w okolicy.
Mój mały...- mruknęła Saphira. 
Nic mi nie będzie- odparł.
Podszedł do ściany obok legowiska Saphiry. Położył dłoń na ścianie i wyszeptał kilka zdań, w tym swoje prawdziwe imię. Ich oczom ukazała się dziura, która wzrosła do długości dorosłego człowieka i szerokości trzech dobrze zbudowanych ludzi. W dziurze lśniło ogromne, białe eldunari Bid'Dauma. Właśnie po niego wrócili Eragon i Saphira. Potrzebowali rady, a najstarszy żyjący (jeśli można tak nazwać samo serce serc) smok powinien im pomóc.
Spróbujemy?- spytał Eragon. Miał namyśli próbę porozmawiania ze smokiem.
Nie mamy wyboru- Saphira machnęła ogonem zdenerwowana.- To nasza ostatnia szansa.
Połączyli umysły i, po raz pierwszy, posłali myśli ku Bid'Daumowi. Eragon zostawił tu jego eldunari, gdy wraz ze swoją smoczycą wrócili ze skały Kuthian. Musiał dobrze zabezpieczyć serce serc smoka. Ktoś, komu udałoby się nagiąć go do swej woli, pozostałby niezwyciężony. Więc Jeździec umieścił je w ścianie w miejscu, gdzie często przebywała Saphira, a dostęp do tej skrytki mieli tylko oni dwoje. Eragon ufał Aryi, ale zawsze pozostawała możliwość, że ktoś mógłby ją porwać i torturować, by oddała mu eldunari. Po za tym było coś jeszcze... W razie jego śmierci Saphira nie mogłaby oszaleć lub poświęcić swojego życia, bo miałaby za zadanie przeżyć i powiedzieć komuś zaufanemu (np. Aryi) o istnieniu eldunari. Eragon nie chciał nawet rozwarzać odwrotnej sytuacji: gdy to smoczyca ginie, a on ze względu na wyznaczone sobie zadanie musi przeżyć.
Myśli Bid'Dauma były wolne i ociężałe. Przypominały im drzewo Menoa. Smok zupełnie nie zwracał na nich uwagi. Na początku nie zapuszczali się głębiej w jego umysł. Muskali go tylko swoimi myślami. Ale w miarę upływu czasu wchodzili coraz głębiej, a nie było to trudne, bo smok wcale nie blokował umysłu. Aż w końcu zaczęli mimowolnie przeglądać niektóre wspomnienia smoka. Nagle Bid'Daum zablokował ich. Poczuli wbijające się ostrze w ich umysły. Nie mogli się wycofać ani iść dalej.
Puść nas!- krzyknął Eragon rozpaczliwie.- Eka ai frricai un Shur'tugal (Jestem Jeźdźcem i przyjacielem)!- To był najprostszy zwrot jaki mu przyszedł do głowy, ale nacisk na jego umysł nawet nie zelżał, więc podjął kolejną próbę:- Skulblaka, eka celobra ono un mulabra ono ne haima (Smoku, darzę cię szacunkiem i nie mam wobec ciebie złych zamiarów)!
Smok wydał się nieco zaintrygowany, zaczął przeglądać jego wspomnienia od chwili narodzin, a gdy doszedł do chwili wyklucia Saphiry, Jeździec poczuł, że Bid'Daum przegląda w tym samym czasie też jej wspomnienia, łącząc ze sobą różne fakty.
Zabiłeś mojego przyjaciela, Jeźdźcze- rzekł smok potężnym głosem przypominającym ruch góry. Przemawiał w pradawnej mowie, zmuszając Eragona do odpowiedzi w tym samym języku.
Nie- szepnął Eragon w języku elfów.- On sam się poświęcił ratując Saphirę. Jestem mu za to dozgonnie wdzięczny. Gdyby nie on jedno z nas by nie żyło. Nigdy mu tego nie zapomnę...
Pamięć nie zwróci mu życia... 
Nie zwróci- przyznała Saphira w pradawnej mowie pomagając Eragonowi w tej słownej potyczce- ale pamiętając o zmarłych pozwalamy im żyć wiecznie. Żadna żywa istota nie ma niezniszczalnego ciała, nieważne człowiek, elf, smok czy roślina, ale umarli mogą żyć w sercach i umysłach tych, którzy wciąż chodzą po ziemi...
Saphira po raz kolejny zaskoczyła Eragona swoją niezwykłą mądrością.

 Czyżby?-Smok poluzował nacisk na ich umysły.-Eragon nawet się ze mną nie pożegnał. Chociaż może to i moja winna. Minęło tyle wieków od śmierci mego ciała, a ja zamieniłem z nim tylko kilka słów. Całkiem zamknąłem się w sobie. Chcecie posłuchać o moim życiu?
Wybacz, panie- rzekła Saphira, wysyłając mu obraz siebie składającej ukłon- Bardzo chętnie, jednak nie mamy czasu. Potrzebujemy twojej pomocy albo Alagaesia zostanie zniszczona. Pozostało nam bardzo niewiele czasu. Wiesz, czego chcemy?
Smok całkowicie wypuścił ich umysły, ale raz jeszcze obejrzał wspomnienia Saphiry dotyczące dzisiejszych wydarzeń. Gdy wreszcie się odezwał, jego głos brzmiał smutno, lecz z nutą wściekłości:
Są dwie rzeczy pozwalające na zniszczenie umarłych. Po pierwsze to róg jednorożca. Pod nim jednak giną tylko ludzie i jedynie ci, którzy nigdy nie byli złączeni ze smokami. Na elfy, dzikie smoki oraz Jeźdźców jest coś innego.  Miecz zrodzony w smoczym ogniu. Zabijając nim Jeźdźców zginą też złączone z nimi smoki.
Gdzie mogę znaleźć taki miecz?
Na całym świecie takiego nie ma. Musisz go zrobić z twojego miecza i ognia Saphiry. Ale to nie takie proste jak się zdaje. Potrzeba do tego również smoczej magii. Poznacie, gdy miecz będzie gotowy. A teraz idźcie... Ta rozmowa mnie zmęczyła, a więcej pomóc nie mogę.
Zerwał z nimi kontakt i zablokował umysł. Eragon zamknął skrytkę z eldunari i nie tracąc czasu wyjął Brisingra z pochwy, ujął go tak, by trzymać za rękojeść, ale żeby płomienie wyleciały na zewnątrz przez  dziurę w ścianie, którą Saphira zawsze wlatuje do domu.
Zrób to, Saphiro- polecił Eragon.
Smoczyca zionęła ogniem zalewając nim miecz. Eragona gorąco bijące od płomieni parzyło w twarz i rękę dzierżącą miecz, ale nie narzekał. Saphira zamknęła paszczę i płomienie zniknęły, a miecz wyglądał tak, jak dawniej. Smoczyca spuściła głowę.
Jesteśmy zgubieni- skwitowała zrozpaczona.


Następny post: ,,To już koniec!"

piątek, 1 czerwca 2012

W Carvahall

Saphira obudziła się gwałtownie. Dookoła panował całkowity mrok, a Eragon jeszcze spał. Odetchnęła głęboko. Smoczyca już od kilku tygodni miała koszmary. Na pewno, jak sądziła, nie śniły jej się przyszłe wydarzenia, bo Eragon sypiał spokojnie, a to on miał dar do przewidywania przyszłości. Smoczyca położył głowę na ziemi, ponownie usiłując zasnąć. Bała się spać, bo znów mogły ogarnąć ją te okropne sny gdzie ona, smoczyca niepokonana na jawie, jest bezsilna wśród snów. Jednak tylko zdążyła się spokojnie ułożyć na swoim miękkim posłaniu i znów zasnęła. Po chwili koszmary powróciły. Widziała to, co było, co mogło być i to, co kiedyś może nastąpić. Były to jedynie urywki różnych wydarzeń, lecz niesłychanie prawdopodobne.
Saphira zignorowała w Carvahall niebezpieczeństwo ze strony Ra'zaców, Eragon zostawiony sam sobie podzielił los wuja. Smoczyca ryczała zrozpaczona, ale zaraz zobaczyła co innego. Walkę z Durzą. Dostała rozpaczliwą prośbę Eragona o pomoc. Miała ochotę rzucić się mu na ratunek, ale ta zbroja tak cisnęła... Brakowało jej tchu. Arya odgięła to żelastwo i wskoczyła na smoczy grzbiet. Razem doleciały do Eragona w chwili, gdy Durza miał go pokonać. Zwyciężyli! Zwyciężyli, ale Eragon omal nie zginął...
Następnie smoczycy przed oczami przeszło tyle obrazów, że nic z nich nie odczytała. Musiała to być jakaś wojna. I... Och! To nie nadmiar obrazów, lecz rana, okropna, wielka, krwawiąca rana, zamgliła smoczycy wzrok. Eragon wypowiedział zaklęcie i rana zasklepiła się. Jeździec wskoczył na siodło i Saphira wzbiła się do góry. Rozejrzała się po zupełnie obcym jej krajobrazie. W dali zobaczyła rodzinę swoją i Eragona. Bardzo daleko... Arya i Opheila, Lila i Amethis, Arthur i Irollan. Ale oni nie walczyli... Długą chwilę zajęło jej zrozumienie, że na polu bitwy jest tylko ona z Eragonem. Pozostali siedzą w domu niczego nieświadomi. Coś przecięło Saphirze bok i smoczyca zaryczała, błyskawicznie odwracając się. Ujrzała stwory podobne do smoków, ale zamiast łusek miały sierść i nie ziały ogniem a... rzucały piorunami. Jeden z tych piorunów pozostawił na boku smoczycy paskudną, osmoloną bliznę. Spojrzała w dół, poszukując wrogów. Po ziemi galopował Ramr zabijając stwory podobne do skrzatów, ale dużych (wysokości rosłego człowieka lub elfa). Eragon coś do niej powiedział, ale ona nie usłyszała jego słów. Chciała jak najszybciej stąd uciec, ale coś (przypominającego zaklęcie Murtagha na płonących równinach) trzymało ją w miejscu. Ziemia dookoła płonęła.Jeden z ,,włochatych smoków" zrzucił Eragona z siodła. Jeździec spadał w ognistą paszczę ziemi , a ona mogła się tylko temu przyglądać, zawodząc wniebogłosy...

*          *          *

-Saphiro!- krzyknął Eragon.- Saphiro, obudź się, słyszysz?!
Smoczyca otworzyła ciężkie powieki i przyglądała się mu chwilę i siedzącej obok Aryi.
Eragonie- powiedziała- ty żyjesz?!
A dlaczego mam nie żyć?- spytał w myślach.- Miałaś koszmary?
Tak- sapnęła.- Już od kilku tygodni. Najpierw śni mi się to, co było lub mogło być, gdybyśmy postąpili inaczej. Tu za każdym razem jest co innego. A potem widzę przyszłość, nawet niedaleką, najwyżej kilka tygodni do przodu. I widzę za każdym razem to samo... Rycerzy, dziwne stwory, twoją śmierć...
Ostatnie słowa wypowiedziała szeptem.
Mogłem się tego domyślić... Najpierw warczałaś, tym mnie obudziłaś, potem zaczęłaś ryczeć, jęczeć i zawodzić. Próbowałem dostać się do twojego umysłu, by cię uspokoić, ale nie mogłem. Więc musiałem cię obudzić. Już słońce wschodzi. Może zamiast znów zasypiać, przelećmy się dookoła Vroengardu tak jak kiedyś, jeszcze przed narodzinami Lili i Arthura.
Smoczyca podniosła się chętnie. Powiedzieli Aryi o swoich zamierzeniach. Gdy Eragon dosiadł Saphirę, wyskoczyła z domu i wzbiła się w niebo. Szybowała radośnie, ciesząc się towarzystwem Eragona. Chciała pokazać mu swoje koszmary, ale on się nie zgodził. Nie chciał, by do tego wracała.
Pamiętasz- zaczęła Saphira- jak kiedyś obiecałam ci, że wrócimy do Carvahall? To było dawno, ale ja nie zapomniałam. Po prostu nie mieliśmy kiedy. Teraz pytam: czy zechcesz towarzyszyć mi w drodze do Carvahall? Podobno twoi przyjaciele z wioski, wrócili do niej i już kilka lat temu ją odbudowali. Możemy ich odwiedzić i powspominać trochę...
Oczywiście,że chcę!- Eragon objął ją za szyję.- Powiem tylko Aryi. Niestety możemy jedynie we dwójkę tam polecieć. Irollan jest jeszcze za młody na taką wyprawę. Ma dopiero kilka tygodni. A nie zostawimy Arthura i Irollana samych. Jak oni nie lecą, to drugie z moich dzieci też musiało by zostać. A znając Lilę i Arthura niebezpiecznie jest ich na chwilę nawet spuścić z oczu. Arya też powinna zostać...
Nie chciałaby lecieć z nami... Obok Kośćca jej wspomnienia związane z Durzą i Gile'adem wracają.
Polecieli powiedzieć Aryi o ich pomyśle. Tak jak mówiła Saphira, elfka nie wyglądała na złą. Mieli zamiar lecieć już w stronę Alagaesii, gdy Eragonowi się coś przypomniało.
Lećmy do Rorana- oznajmił.- On też pewnie zechce nam towarzyszyć w rodzinne strony. Polecieli do niego i złożyli propozycję.
-Nie- uciął Roran.
Dlaczego?- spytał Vanilor z widocznym żalem.- Od dawna nie lecieliśmy nigdzie razem i...
-Nie. Nie zostawię Katriny samej. Ale wy lećcie, Eragonie, Saphiro. Pozdrówcie ode mnie Horsta i innych.
Eragon wzruszył ramionami (podczas rozmowy wciąż siedział na Saphirze), a Saphira wleciała w niebo. Z góry rzuciła jedynie tęskne spojrzenie w stronę Vanilora.
Lećmy- powiedział Eragon ciepło.- Roran nie wie, co traci. Ale ja wiem, co my tracimy: czas. Im szybciej dotrzemy na stały ląd tym lepiej. Nie musimy już dzisiaj być w Carvahall, ale żebyśmy nie lecieli po ciemku nad wodą.
Tak, mój mały- odpowiedziała krótko i skierowała się w stronę morza.
Lecieli dość długo, ale o wiele krócej niż przewidywał to Eragon. Odległy zarys Kośćca malował się na horyzoncie zanim całkowicie zaszło słońce. Przy lądzie Saphira wleciała w wodę i kilka metrów pokonała całkiem zanurzona. Mogliby tak dopłynąć na sam brzeg, ale Eragonowi zabrakło powietrza. Więc Saphira się wynurzyła i dopłynęła do lądu płynąc po powierzchni wody.
Jesteśmy w domu...- powiedział Eragon, a potem posmutniał.- A przynajmniej gdzieś, gdzie kiedyś był nasz dom. Och, Saphiro, tyle bym dał, by wszystko było tak jak kiedyś...
Eragonie...
Nie. Nie zrozum mnie źle. Chciałbym żyć tak jak dawniej Z TOBĄ. No może jeszcze z Aryą i dziećmi. Mieszkalibyśmy na odludziu przy wiosce tak jak ja mieszkałem. Wy smoki mielibyście mnóstwo przestrzeni do latania oraz Kościec, w którym nigdy nie brakło by zwierzyny. A Garrow i... Brom wciąż by żyli.
Eragonie!!!- głos Saphiry zabrzmiał równie potężnie jak ogromnego Glaedra. Potem jej głos przycichł, złagodniał, ale wciąż była w nim pewna rezerwa- Czy ciebie naprawdę trzeba uczyć, że nie możesz wracać myślami do przeszłości? ,,Co by było gdyby...?" To najgorsze pytanie jakie możesz sobie zadać. Nigdy się nie dowiemy, czy gdybyś przedstawił mnie wujowi i Roranowi przeżylibyśmy. Może kazaliby mnie zabić. A gdybym wtedy nie porwała cię do Kośćca? Mówiłeś, że ostrzegłbyś Garrowa. Ale równie dobrze moglibyśmy wszyscy zginąć lub efekt byłby taki sam z tym, że Ra'zacowie zabrali by nas do Galbatorixa. Wariantów jest dużo, lecz nigdy się nie dowiemy, co moglibyśmy teraz robić, więc jaki sens ma rozmyślanie nad tym? Chodźmy stąd wreszcie. Odpoczęłam trochę, a stąd do Carvahall nie jest daleko. Polecimy od razu. Nie zamierzam nocować na otwartym terenie, tak blisko Therinsfordu. 
Skoczyła w górę i skierowała się w stronę Carvahall. Eragon się z nią nie zgadzał. Od miasta dzieliło ich kilka kilometrów. Może nie jest to dużo, ale to nie były kilometry równin czy stepów gdzie szafirową smoczycę można wypatrzeć z promienia kilku mil, lecz góry, przez które ludzie się nie przedzierają. Jednak też chciał jak najszybciej dolecieć do Carvahall, więc nic nie mówił Saphirze.
Lecieli około 4 godzin. Smoczyca starała się być jak najwyżej, by w razie czego pozostała niezauważona. I dobrze, bo w dole mijali wielu ludzi, nawet nieświadomych obecności smoka. Na dole zobaczyli kilkuhektarową równinę. Eragon wiedział, że stała tam kiedyś jego farma. Smoczyca wylądowała na jednej z uliczek. Ludzie znajdujący się w pobliży zamarli, ale gdy rozpoznali w niezwyciężonym rycerzu i bestii swoich przyjaciół zaczęli ich widać z wielką serdecznością. Horst zaprosił ich na obiad, a Eragona ucieszyło to, że wyniósł stół na zewnątrz, by Saphira mogła im towarzyszyć.
Wszyscy wieśniacy ,,skakali" wokół nich, śmiali się, żartowali, próbowali do nich zagadać. Eragona zarówno to cieszyło, (bo nie traktowali go jakby był królem czy kimś jeszcze ważniejszym, lecz czuł, że jest wśród swoich) jak i męczyło (odkąd zabił Galbatorixa i razem z Aryą zamieszkał na Vroengardzie nie był przyzwyczajony do takiego tłoku. Najczęściej przebywał w towarzystwie Aryi, Lili, Arthura ich smoków oraz Saphiry. Czasem tylko spotykał się Roranem czy Murtaghiem.) Wszyscy mówili jeden przez drugiego, Jeźdźca rozbolała głowa, a w Saphirze narastała irytacja.

*          *          *

Wieczorem po kolacji Eragon stanął sam na tym wzgórzu, na którym niegdyś Eragon zbudował schronienie dla słodkiego smoczka. Wpatrywał się stamtąd na południe. Po chwili dołączyła do niego Saphira. Trąciła go nosem w ramię, ale oprócz tego gestu oboje pozostali nieruchomi.
Patrz- powiedziała Saphira wskazując coś w oddali.
Na co? Nic...- chciał powiedzieć ,,nic nie widzę", ale w tym momencie na horyzoncie pokazała się chmura piachu.- Co to jest?- spytał.- Wiem, że ty masz lepszy wzrok ode mnie.
Tak? No to spójrz!- smoczyca złączyła z nim swój umysł, chcąc zrobić tak jak kiedyś obok Dras Leony.
Udało się. Eragon mógł teraz patrzeć na świat oczami smoczycy. Zobaczył cwałujące na złamanie karku konie. Było ich może z 50, a na jednym z nich siedziała królowa Nausada.
Chodźmy się przywitać- Zasugerowała Saphira.
Eragon skinął głową i dosiadł jej.
Wzlecieli na wysokość około tysiąca mil. Zagrzmiało, a niebo przeciął piorun, choć na niebie nie było ani jednej chmurki. Eragon nagle zamarł patrząc w bok. Saphira spojrzała tam, gdzie on. Ze wschodu mniej więcej nad Ramrem w miejscu, gdzie zakole rzeki jest najbliżej Pustyni Hadarackiej, leciało kilkanaście wielkich-bezłuskich-włochatych-niby-smoków.
Saphira zadrżała tak gwałtownie, że Eragon omal nie spadł z siodła. Przez myśl przeszło jej, że być może zemdlała, a koszmar powrócił. Niestety to było aż za realne.
Jak w dzisiejszym śnie- szepnęła niemal niedosłyszalnie. A jej ciałem znów wstrząsnęły drgawki- Koszmar powrócił...


Następny post (C.B.N.) ,,Koszmar na jawie"


sobota, 19 maja 2012

Chwila dla Arthura

Arthur i Lili siedzieli na trawie przed domem. Mieli wreszcie okazję porozmawiać w cztery oczy. Rodzice i smoki siedzieli w domu. Jednak nie rozmawiali zbyt długo, gdy podszedł do nich Carsaab. Chłopak wyciągnął rękę do zaskoczonej elfki i pomógł jej wstać.
-Czyżbyś zapomniała, że byliśmy na dzisiaj umówieni?- spytał z rozbawieniem.
-Oj, trochę... Carsaabie, poznaj mojego brata Arthura- wskazała elfa wciąż siedzącego na trawie.- Arthurze, to mój... przyjaciel Carsaab. Wybacz, ale najwyżej skończymy naszą rozmowę popołudniu. Teraz idziemy na plażę.
-Jasne- mruknął Arthur.
Przed domem wylądowała Amethis i Lila z Carsaabem ją dosiedli, zostawiając Arthura samego.
Po chwili podszedł do niego Eragon.
-Widzę, że twoja siostra znalazła sobie inne towarzystwo- powiedział z uśmiechem- A nie masz ochoty na przejażdżkę?
-A niby gdzie?- Arthur wstał z ziemi.
Zobaczysz- z nieba opadła Saphira.
Elf wdrapał się na grzbiet smoczycy, a po nim to samo zrobił Eragon.
Ostatnim razem- powiedziała Saphira w locie- gdy stanąłeś przed smoczymi jajami wykluło się tylko jedno i to w dodatku nie dla ciebie. Ale zauważyliśmy, że być może smoczek nie był jeszcze gotowy, by się wykluć. Od tamtej pory przed jajem stawało mnóstwo osób, ale pisklak wszystkich odrzucił. Więc ty spróbujesz jeszcze raz. Jesteś z rodziny jeźdźców, więc niedopuszczalne jest, byś sam nim nie był.
-A co- spytał Arthur, jeśli smoczek i tym razem się nie wykluje?
-Nie martw się- odparł Eragon.- Będą inne.
Nie bardzo pocieszyło to Arthura, ale przez resztę drogi siedział cicho.
Smoczyca wylądowała przy skale, w której ukryte było jajo.
Arthur szybko zszedł na ziemię i nie czekając na nikogo. Wziął jajo w ręce i spojrzał nań błagalnie.
-Tym razem się wyklujesz, malutki?- spytał.
Jajo nawet nie drgnęło, ale Arthur wiedział, że musi dać czas pisklakowi.
Zostaniemy tu z tobą- oznajmiła Saphira- dopóki pisklak się nie wykluje, ale najpóźniej za dwa dni wracamy do domu.
On skinął głową nie odrywając wzroku od brązowej skorupki jaja.
-Gdybym tamtego pamiętnego dnia- szepnął- wygrał walkę z Lili i dotknął Amethis, byłbym teraz Jeźdźcem, ale też najnieszczęśliwszym Jeźdźcem na świecie, bo wiedziałem, że ona się wykluła dla Lili. Nie, jednak dobrze, że Amethis złączyła się z Lilką.
Położył jajo na ziemi i podszedł do Saphiry.
-Wiedziałaś o naszym sekrecie, Saphiro. Przepraszam cię...
Arthurze...
-Tak, wiem, że możesz być zła, ale ja...
Arthurze, patrz!
Chłopak odwrócił się podążając za wzrokiem Saphiry i zobaczył, że jajo się porusza. Patrzył na nie w niemym zachwycie (w końcu wcześniej nie widział wykluwania się smoka, Amethis już stała na ziemi,gdy ujrzał ją po raz pierwszy). A powietrze rozdarł pisk. I jeszcze jeden... Po chwili skorupka całkiem pękła, a z jaja wyskoczył mały, brązowy smoczek.
Arthur wyciągnął rękę w stronę pisklaka, ale zaraz cofnął ją. Spojrzał na ojca w poszukiwaniu wskazówek, co ma robić.
-No dalej- zachęcił go Eragon.- Dotknij pisklaka.
Elf jeszcze chwilę się wahał. W końcu szybko wyciągnął rękę i musnął palcami główkę smoczka. W chwili, gdy jego skóra zetknęła się z łuskami pisklaka, Arthur poczuł się, jakby krew w żyłach mu zapłonęła. Nie mógł oddychać, a wzrok spowił mu mrok. Dopiero po minucie, która dla elfa była całymi godzinami, odprężył się i odetchnął. Czuł się teraz tak dziwnie... Był pół elfem, więc mógł posługiwać się magią i rozmawiać w myślach prawie tak dobrze jak elf czystej krwi bądź Jeździec. Jednak zawsze sprawiało mu to trochę kłopotów. Teraz, gdy naprawdę stał się Jeźdźcem i jego największe marzenie się spełniło, sam nie wiedział, co ma o tym myśleć. W głowie mu szumiało, a smoczek, choć taki młody, przeglądał jego myśli jak strony ksiąg. 
Gratuluję- powiedziała Saphira dumnie.- Trzeci z członków rodziny Eragona złączyło się więzią Jeźdźca, z kolejnym moim pisklakiem. Opheila, Amethis i... Nie myślisz, żeby twojemu smokowi nadać jakieś stosowne imię? Nazwij go jak chcesz, ale smoczek powinien nosić imię po wspaniałym smoku. Wejrzyj w swoje wspomnienia dotyczące różnych smoczych opowieści i coś wybierz. Mogę ci pomóc, jeśli nie masz pomysłu...
-Wybacz, Saphiro, ale nie skorzystam z twojej pomocy. Właściwie to ja wybrałem odpowiednie imię jeszcze zanim tu dotarliśmy. Dzisiaj Lili opowiedziała mi o tym całym Carsaabie. Powiedziała, że był Jeźdźcem. Żal mi było tego młodego smoka. I to jego imieniem nazwę mojego smoczka, choć on nie skończy tak, jak jego imiennik. Mój malutki- Arthur zwrócił się do pisklaka- nazywam cię Irollan.
-Wspaniałe imię- stwierdził Eragon, chociaż mi Lili o nim nie opowiadała.
Znów dosiedli Saphirę, tym razem siedzieli na niej we troje (Eragon, Arthur i Irollan). Po drodze Arthur powtórzył ojcu i Saphirze to, czego dowiedział się o smoku Carsaaba od Liliany. A elfka już wróciła z randki. Bardzo podobał jej się mały smoczek Irollan, ale nie tak, jak jej własna smoczyca.
Jest piękny- powiedziała Lili do Amethis- ale nie tak jak ty. Twoje ametystowe łuski w wolnej walce mogą konkurować jedynie z szafirem Saphiry, ale ty mi się bardziej podobasz.
Oczywiście- skwitowała Amethis.- Ja też wolę ciebie od Arthura. I pomyśleć, że naprawdę  tak niewiele brakowało, by to on został moim Jeźdźcem. Miałam wielkie szczęście, że byłaś szybsza od niego...
Liliana zamiast słowami odpowiedziała jej lekkim uśmiechem. Chciała teraz w ciszy cieszyć się jej towarzystwem...

 Następny post (Czas Bliżej Nieokreślony):,,W Carvahall"

_________________________________________________

Przepraszam, że ten rozdział był trochę za krótki, ale nie miałam ani pomysłu, ani ochoty na rozwijanie go. Postaram się, by następny był dłuższy.  ;-)

niedziela, 22 kwietnia 2012

Randka

Ten tydzień był najdłuższym w życiu Lili, ale w końcu elfka doczekała się dnia, w którym miał przyjechać Caarsab.
Tego dnia wstała bardzo wcześnie, nie mogąc się doczekać, gdy się z nim spotka. Usiadła na łóżku i  zakładała czerwoną, obcisłą sukienkę, którą już wczoraj sobie wybrała.
Amethis ziewnęła, patrząc na swoją przyjaciółkę.
Co o tym myślisz? - spytała Lili wstając i demonstrując swój strój.
Ładnie ci w niej- odparła smoczyca.- No to kiedy wychodzimy?
My? O nie, moja droga. Ty zostajesz.
Ale...
Powiedziałam nie. Już pokazałaś, na co cię stać. Nie pozwolę ci drugi raz tego zepsuć.
Smoczyca spuściła głowę. Nie ukrywała, że chciała towarzyszyć Liliannie.
Jak tam dotrzesz sama?- spytała Amethis.- Na plaże jest daleko, a chyba tam chcesz się z nim spotkać.
Pobiegnę. Zapomniałaś, że jestem elfką?
Smoczyca warknęła niezadowolona. Jednak nie próbowała się już bardziej wykłócać.
Baw się dobrze- mruknęła.
Mam taki zamiar- Lili się uśmiechnęła.- Chciałabym już iść... Powiesz rodzicom, że wrócę wieczorem?
Jasne...
Elfka zadowolona wybiegła z domu. Wcale nie było jej zbyt wygodnie biec w obcisłej sukni, ale nie narzekała. Po godzinie dotarła na plaże. Jeszcze nikogo tam nie było. Usiadła na piasku, nadstawiając twarz do słońca. Nie lubiła tak się oddalać od Amethis, ale nie miała wyboru. A przecież za kilka godzin znów się spotkają.
-Witaj, Lili- usłyszała po chwili.
Elfka odwróciła się szybko i zobaczyła Caarsaba. Ucieszyła się na jego widok, ale upomniała się w duchu za to jak jest nieostrożna. W ogóle nie wyczuła myślami, że ktoś się zbliża. Mogło się to dla niej źle skończyć.
-Czekałam na ciebie- odparła odsłaniając białe zęby w lekkim uśmiechu.
-Wiem- usiadł obok niej.- Myślę, że powinnaś o czymś wiedzieć...
-Poczekaj. Nie teraz. Jest piękny dzień. Amethis została w domu. Może potem podzielimy się swoimi sekretami. Teraz nacieszmy się swoim towarzystwem.
Chłopak lekko ją objął.
-Skoro nalegasz.
-Wiem- powiedziała Lili- że byłeś zły, gdy Amethis nam przerwała. No i nie wspomniałam ci wcześniej, że jestem Jeźdźcem...
-Nie... Wiem, że smoczyca się o ciebie troszczyła. To nie jej wina. Chciałbym być tobą, mieć smoka, bo widzisz ja...
Lili kichnęła, przerywając mu i korzystając z ciszy wtrąciła:
- A ja chciałabym, by ona się nigdy nie wykluła. Oczywiście ją kocham, jakże mogłabym nie, a;e przez nią są same kłopoty. Przez pierwsze tygodnie jej życia oficjalnie ona nie była moja. No i ja z Arthurem, moim bratem, się od siebie oddaliliśmy...
Opowiedziała Caarsabowi całą historię od momentu, gdy złościła się, że to nie ją ojciec zabiera do smoczych jaj, do chwili, kiedy powiedziała wszystkim prawdę.
Chłopak ze smutkiem kiwnął głową. Lekko wziął Lilę za rękę. Po chwili odwrócił swoją dłoń spodem do góry ukazując pozbawiony blasku owal.
-Gedwey ignasia- szepnęła Lila, a w jej oczach zalśniły radosne iskierki.- Nie powiedziałeś, że jesteś... Och! Gdzie twój smok?
-Cały czas do tego zmierzałem, Liluniu. Irollan, mój smok, nie żyje. Był wspaniałym, czarnym smokiem. Kilka lat temu ojciec dał mi smocze jajo. Powiedział, że znalazł je dawno temu, gdy na tronie Alagaesii zasiadał jeszcze Galbatorix. Wtedy moi rodzice mieszkali poza granicami tego kraju i stamtąd pochodziło jajo. Moja mama umarła kiedy miałem pięć lat... Ale mniejsza z tym. Jajo było wspaniałe. Takie piękne. Zresztą widziałaś już smocze jajo, więc nie muszę ci o tym mówić. Nie mogłem się nim nacieszyć. Następnego dnia wykluł się pisklak. Nazwałem go Irollan. Słyszałem kiedyś historię o wspaniałym smoku, który nosił właśnie to imię... Gdy miał miesiąc pierwszy raz go dosiadłem. Miesiąc później mój tata, który oczywiście nadzorował rozwój i ćwiczenie Irollana, stwierdził, że możemy go razem dosiąść i wrócić do Alagaesii. Moi pradziadkowie uciekli stamtąd, gdy Galbatorix na dobre zaczął swoje rządy, a po jego śmierci tata marzył o tym, by tam wrócić, ale byłem za mały, by przeżyć podróż. Tak więc wyruszyliśmy w drogę. Dolecieliśmy do Alagaesii, ale bardzo dużo nas to kosztowało, szczególnie Irollana. Lecieliśmy do kraju ze wschodu, więc całą drogę (kilka tygodni) mieliśmy pod sobą morze, żadnej wyspy. Moglibyśmy wylądować w wodzie, ale to było zbyt niebezpieczne. Wycieńczony smok mógłby zatonąć. Gdy wylądował na Beirlandzie* nie mógł się podnieść. Przespał całą noc, a ja czuwałem. Następnego dnia musieliśmy lecieć dalej, bo na wyspie nie było pożywienia ani słodkiej wody. Dolecieliśmy do Beorów, tam mogliśmy czuć się bezpieczniej niż na otwartym terenie. Irollan poleciał zapolować, a ja z tatą próbowaliśmy rozbić obóz. Nagle usłyszeliśmy krótki ryk potem znowu. Przed sobą zobaczyliśmy beorna**. Mój miecz został przy siodle Irollana. Trudno było się bronić przed niedźwiedziem wielkości mniejszego smoka. Kiedy ta bestia już podnosiła na nas swoją łapę, Irollan rzucił się na niego. Byli niemal równi wzrostem. Smok go zabił, ale zapłacił najwyższą cenę... Potem podróżowaliśmy z ojcem po Alagaesii aż spotkałem ciebie.
Lili zauważyła, że chłopak z trudem powstrzymuje łzy napływające mu do oczu. Przechyliła głowę i położyła mu ją na ramieniu. On pogłaskał ją po policzku. Dalej siedzieli w milczeniu pocieszając się wzajemnie swoją obecnością. Słońce powoli chowało się za horyzont. Lili niechętnie wstała i otrzepała suknię z piasku. Choć nie tak spodziewała się spędzić tą randkę, to i tak się nie skarżyła. Wiedziała jaki ból nosi w sobie jej bliski przyjaciel, nawet ktoś więcej niż przyjaciel. Ona kochała Amethis i nie wiedziała, co by zrobiła gdyby jej zabrakło.
Caarsab nachylił się do jej ucha.
-Cieszę się, że jesteś- szepnął.
Potem spojrzał jej w lśniące, zielone oczy z ametystowym przebłyskiem. Objął ją w pasie. Ich usta powoli zbliżyły się do siebie. Lili odchyliła się do tyłu lekko, ufając, że Caarsab ją utrzyma. Tak się stało. Po chwili elfka i chłopak zastygli w pocałunku. Lili przez chwilę czuła się, jakby wyszła poza swoje ciało. Nie tylko ich ciała, ale również umysły się złączyły. Gdy w końcu Caarsab ją uwolnił z objęcia, ona odetchnęła głęboko.
-Spotkamy się jeszcze?- spytała z nadzieją w głosie.
-Postaram się, bym mógł zamieszkać, chociaż przez pewien czas, na Vroengardzie. Możemy spotykać się codziennie. Pozwolisz mi się odprowadzić do domu?
Elfka się uśmiechnęła i odpowiedź była oczywista.

*          *          *

Lili wpadła do domu. Zobaczyła zaskoczone spojrzenia rodziców i brata siedzących w salonie.
-Gdzie Amethis?- spytała będąc zbyt przejętą, by mogła wezwać ją myślami.
-Poleciała gdzieś z Saphirą i Opheilą- odparł Eragon.- Zaraz powinna wrócić.
-A jak tam randka?- spytała Arya (Lili wszystko im opowiedziała poprzedniego dnia, więc wiedzieli, że ma się spotkać z Caarsabem.)
-Super! Muszę porozmawiać ze smoczycą.
Wyszła na dwór i spojrzała w górę. Nigdzie nie widziała smoków. Saphiry na tle nieba może i nie widać, a Amethis jest słabo widoczna, ale złotą Opheilę powinna dostrzec z promienia mili.
Amethis!!!- krzyknęła
Lili?!- odpowiedź nadeszła błyskawicznie.- Już lecę!
Po chwili przed domem wylądowała ametystowa smoczyca w obstawie matki i siostry.
Saphira wygięła szyję i spojrzała na Lilę.
Miło cię znowu widzieć, pisklaku - powiedziała.- No to my wam nie przeszkadzamy. Zostawimy was same.
Skoczyła w górę, by wlecieć do swojego pokoju, a za nią leciała Opheila.
Słucham. Musisz mi wszystko opowiedzieć. Jak ci minął dzień?
Wspaniale! Zresztą patrz!
Pozwoliła, by do smoczycy dotarły wszystkie obrazy i dźwięki z tego dnia. Na wiadomość o Irollanie Amethis bardzo posmutniała, ale powstrzymała się od wszelkich komentarzy. Powiedziała tylko:
Dobrze, że znów jesteś przy mnie.

*Beirland- duża wyspa na południowy zachód od lądu Alagaesii
**beorn- wielki niedźwiedź jaskiniowy mieszkający tylko w górach beorskich (nazwa elficka)


Następny post (19.05.12): ,,Chwila dla Arthura"

______________________________________________________________
Przepraszam za to jedno-dniowe opóźnienie, ale miałam małe kłopoty techniczne.

sobota, 7 kwietnia 2012

Pierwsza miłość

Amethis wylądowała ciężko na ziemi. Lili usiadła na niej bokiem, by móc się zsunąć, ale przez chwilę tkwiła tak bez ruchu.
No dalej- zachęciła smoczyca.- Wszystko będzie dobrze.
Ale... -Lili zadrżała- Jak ja teraz spojrzę mamie w oczy po tym, co zrobiłam?
Nie przesadzaj. Idź.
Elfka zsunęła się po jej boku. I podeszła do Aryi, która właśnie wyszła z domu. Nim się wytłumaczyła, matka objęła ją.
-Och, Lili!- powiedziała.- Tak się martwiłam. Zresztą nie tylko ja. Amethis i twój ojciec z Saphirą polecieli cię szukać. Widzę, że ona miała więcej szczęścia- wskazała smoczycę.
-Przepraszam- Lili odsunęła się od Aryi i podeszła do Amethis.- Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Chciałam po prostu zatrzymać Ramra. Wiem, że nie powinnam, ale on był moim przyjacielem. Zrozumiałam swój błąd i go wypuściłam.
- Dobrze zrobiłaś, bo...
Nagle między nie weszła Opheila. Jej oczy zalśniły pięknie, gdy spojrzała w dal. I zwracając się do Amethis, ale przemawiając tak, by wszyscy usłyszeli, oznajmiła:
Nasza matka leci.
Wszyscy spojrzeli w stronę, w którą patrzyła złota smoczyca. Miała rację. Daleko na błękitnym niebie lśniła szafirowa sylwetka Saphiry. Choć mogła wydawać się bliska minęło jeszcze co najmniej pięć minut nim wylądowała na trawie przed domem. Eragon błyskawicznie zeskoczył na ziemię, złapał Lilę za ramiona i objął tak samo jak wcześniej Arya.
-Wiesz, jak nas przestraszyłaś?- spytał ojciec puszczając córkę.- Już dawno domyślałem się, że Ramr jest jednorożcem, chociaż wydawało się to nieprawdopodobne. Ale nigdy nie zgadłbym, że ty mogłabyś tak po prostu uciec. Nie chcę myśleć, co by się stało gdybyś z niego spadła podczas tej szalonej galopady. A co gdyby ktoś ci zrobił krzywdę?
Nie warto myśleć ,,co by było gdyby?".- powiedziała Saphira.- Lili jest cała i zdrowa, wraz ze zniknięciem Ramra Amethis nie będzie miała powodów do zazdrości i wszystko jest w jak najlepszym porządku. A teraz wracajmy do domu.
Wszyscy się z nią całkowicie zgodzili. Wchodzili właśnie do domu, ale Lila i Amethis nawet nie drgnęły. Arya, która szła ostatnia, odwróciła się i spytała:
-Nie idziecie?
- Już, chwilkę- odparła Lila.- Musimy chwilę porozmawiać. Zaraz do was dołączymy.
Arya zniknęła za drzwiami.
Chyba miałam więcej szczęścia niż rozumu- Lili uśmiechnęła się.- Dziękuję, że po mnie przyleciałaś nie wróciłabym na piechotę. 
Och, moja mała- Amethis ziewnęła ukazując rzędy białych zębów.- Jakże mogłabym cię zostawić? Jesteśmy przyjaciółkami i zawsze nimi pozostaniemy...
Na zewnątrz do nich wybiegł Arthur.
-Cześć, Lil- powiedział- Przepraszam, że nie wyszedłem do ciebie... do was wcześniej, ale pomyślałem, że nie chcesz mnie widzieć. Jednak musiałem cię znów zobaczyć. Jeśli nie chcesz mnie widzieć, powiedz.
Siostra położyła mu rękę na ramieniu. 
-Nie mów tak, Art. Nie mam do ciebie żalu o to, co się stało. Ale to nie mogło się udać. Amethis czuła, że nie jest z tobą związana, więc wkrótce i tak wszystko by się wydało- elfka uśmiechnęła się.- A wiesz co? Ja myślałam, że ty jesteś na mnie zły, bo mnie unikałeś. Jednak to ją- wskazała swoją smoczycę- powinieneś prosić o przebaczenie.
Arthur chciał odezwać się do smoczycy, ale ona go ubiegła. 
W porządku, Arthurze- powiedziała.- Nie mam żalu. 
We trójkę weszli do domu. 

*          *          * 

Nazajutrz Lili obudziła się wcześnie rano, choć słońce już wzeszło. Spojrzała na leżącą obok Amethis. Smoczyca podniosła głowę i zamrugała.
Nie śpisz już?- spytała.
Jak widać- odparła elfka- ale zdaję się, że ty też.
Lubię długo pospać, ale teraz zrobię wyjątek. Burczy mi w brzuchu i chyba polecę coś zjeść. Masz ochotę mi towarzyszyć?
Lila szybko odrzuciła kołdrę i zeskoczyła z łóżka. 
Z przyjemnością.
Elfka dosiadła smoczycę i Amethis wyleciała z domu, kierując się na wschód, czyli w stronę wybrzeża.
Gdzie lecimy?- spytała Lili.
Mam ochotę na świeże ryby, no i chętnie sobie ponurkuję.- padła odpowiedź.
Ale beze mnie. Nie mam zamiaru się zmoczyć. Możesz mnie zostawić na plaży?
W odpowiedzi smoczyca zanurkowała w dół. Chociaż do plaży było jeszcze kilka minut drogi, ona wolała nie wznosić się wyżej. Gdy pod nią pojawiły się skały z piaskiem wylądowała i przebiegła jeszcze kilkanaście metrów, po czym stanęła, czekając aż Lili zjedzie po jej boku. Gdy Liliana stała na ziemi, Amethis skoczyła do góry, kierując się w głąb morza.
Muszę polecieć dalej- oznajmiła smoczyca nim znalazła się za daleko na rozmowę telepatyczną- bo tu jest za płytko i ryby są za małe. Musiałabym zjeść ich bardzo dużo. Wrócę po ciebie za jakąś godzinę.
Lili podeszła do wody i zamoczyła w niej palce.
Zabawię się trochę, pomyślała.
-Adurna (woda) - szepnęła.
Z przezroczystej tafli wyleciała kula wody wielkości pięści. Elfka kierowała nią we wszystkie strony, poruszając dłonią.
-Cześć!- usłyszała za sobą.
Nie spodziewała się nagłego głosu, więc aż podskoczyła do góry, a kula, która znajdowała się przed chwilą bezpośrednio nad nią, rozprysła się jej na głowie. Lili spojrzała w stronę, z której dobiegał głos i zobaczyła chłopaka (człowieka). Mógł być w jej wieku (17 lat) albo rok starszy. Był bardzo przystojny. Miał czarne sięgające za uszy włosy i ciemnozielone oczy. Ubrany był w brązową kamizelkę i czarne spodnie, a u pasa zwisał mu półtora ręczny miecz.
-Wybacz- powiedział nieznajomy.- Naprawdę nie chciałem cię przestraszyć.
-Nic się nie stało- Lili posłała mu mały uśmieszek i podeszła do niego, patrząc mu w oczy.- Jestem Liliana, dla przyjaciół Lili albo Lila. A ty? Nie przedstawisz mi się?
- Och, zapomniałem. Mów mi Caarsab. Zechcesz się ze mną przejść po wybrzeżu, Liliano?
-Lili, nie Liliana, proszę. Chętnie będę ci towarzyszyć, Caarsabie.
Szli wzdłuż morza, a w towarzystwie chłopaka Lila czuła się tak swobodnie... Rozmawiali bardzo długo. Elfka opowiedziała mu o swoim życiu pomijając jeden mały szczegół - że jest Smoczym Jeźdźcem. Caarsab wolał słuchać jej w milczeniu, ale trochę opowiedział o sobie. Z całej rodziny miał tylko ojca, który lubił podróżować po całej Alagaesii. Zawsze zabierał ze sobą syna. A tym razem postanowili wyruszyć na wyspy, począwszy od Vroengardu.
-Postanowiłem pójść nad morze- zakończył.- Zawsze ciągnęło mnie do wody. Wtedy cię ujrzałem, Lili. Nieraz widziałem już elfki, ale ty jesteś z nich najpiękniejsza.
Objął ją w pasie i spojrzeli sobie w oczy. Lili uśmiechnęła się zadowolona z komplementu. Czuła coś czego jeszcze nigdy w życiu nie doświadczyła. Miała już siedemnaście lat, ale  nigdy dotąd nie interesowała się chłopcami. Teraz patrząc w zielone oczy chłopca, którego pokochała, choć wstydziła się przyznać, czuła się najwspanialszą elfką na świecie. Nie wiedziała, co dalej zrobić, by postąpić właściwie. Może powinna go odepchnąć i zakończyć ową miłość ucieczką, a może stać tak i błagać w myślach, by ukochany jej nie zostawił... To Caarsab wskazał jej, co dalej. Mocniej przycisnął rękę do talii elfki i przybliżył się do nich.  Ich usta powoli się do siebie zbliżyły. W tym momencie, w którym usta miały się zetknąć ze sobą, rozległ się głuchy huk i zakochani odskoczyli od siebie. Caarsab instynktownie dobył miecza. Okazało się, że to Amethis wyskoczyła z wody z taką siłą, że zabrzmiał huk tak potężny, jakby ktoś wystrzelił z kilkunastu armat. Smoczyca jakby nigdy nic wylądowała na plaży i kłapnęła paszczą, jednocześnie połykając ryby, które w niej miała i pozbywając się wody. Chłopak wyskoczył przed Lilę, celując mieczem w smoka.
Zostaw ten nożyk- prychnęła Amethis.

On ją zignorował i pobiegł w jej stronę z nagim mieczem.
-Nieee!!!- krzyknęła Lila i wbiegła między smoczycę a chłopca. On spojrzał na nią zaskoczony, a ona położyła mu rękę na ramieniu, spojrzała na niego czule i musiała zniżyć się do wyjaśnień.- Muszę ci o czymś powiedzieć... No bo widzisz, ja... Zresztą spójrz- uniosła prawą dłoń ukazując lśniącą gedwey ignasię.- Ona jest moją przyjaciółką. Nie wiem, co jej odbiło. Zawsze była taka delikatna, naprawdę. I liczyła się z moim zdaniem...- urwała czekając na odpowiedź, a gdy tej nie dostała, postanowiła go trochę ponaglić.- Powiedz coś, proszę.
-Dlaczego mi nie powiedziałaś?
Chłopak był jak najbardziej opanowany. Tylko w jego oczach można było dostrzec iskierkę żalu. A Lili nie spodziewała się tego pytania.
Dlaczego, pomyślała. Nie wiem. Może dlatego, że z zauroczenia zapomniałam o tym, kim jestem? Nie, to nieprawda. Amethis żyje we mnie tak jak ja w niej. O tym nie da się zapomnieć. A może...
- Bo ja- zaczęła- myślałam, że ci się to nie spodoba. Ludzie zazwyczaj nie lubią smoków. Nie chciałam cię stracić.
Caarsab znów ją objął (nie zważając na ostrzegawcze warknięcie Amethis), ale Liliana miała wrażenie, że coś bezpowrotnie straciła. Chłopak bynajmniej nie zamierzał jej pocałować.
-Rozumiem- odparł.- Dzisiaj wyjeżdżam, ale wrócę tu za tydzień. Jeśli obiecasz, że nigdy więcej nic przede mną nie ukryjesz, to ja ci obiecuję: spotkamy się. Obiecujesz?
-Tak- powiedziała Lili w pradawnej mowie. 
Bojąc się, że , chciała to samo powtórzyć w normalnym języku, ale on przyłożył jej palec do ust:
Rozumiem- odparł telepatycznie. 


*          *          *

Dziesięć minut później Lila już siedziała na Amethis i obie były w drodze do domu. Niezręczne milczenie przerwała smoczyca:
Jesteś na mnie zła, moja mała?
Zła?!- wybuchnęła Lila.- Jestem wściekła! Co ty sobie w ogóle myślałaś?!
Nie mogłam pozwolić byś zbliżyła się z chłopakiem, którego nie znasz. Kim on jest? Posługuje się pradawną mową, rozmawia w myślach. Chciałam cię chronić.
Ach tak? Nie mogę do końca życia być panną. Chcę kiedyś założyć rodzinę... A ty mi to skutecznie uniemożliwiasz! On jest moją pierwszą prawdziwą miłością.
Pierwszą, ale nie ostatnią. Zresztą on za tydzień wróci. Wtedy zobaczymy, kim jest naprawdę- Amethis zamachała szybko skrzydłami, kierując się w stronę domu. 


Następny post(21.04.2012r): ,,Nowy Jeździec"
Bardzo przepraszam, ale nastąpiła drobna pomyłka. Następny post będzie nosił nazwę: ,,Randka".


 

sobota, 24 marca 2012

Tajemnica Ramra.

Lili obudziła się i usiadła na łóżku. Powróciły do niej wspomnienia wczorajszego dnia. Obok niej w zagłębieniu w podłodze, będącym smoczym posłaniem, Amethis uniosła głowę i spojrzała na elfkę.
Ale byłam głupia...- szepnęła Lili.- Mało brakowało, a byśmy zginęły. Nawet potężna Saphira była bezradna wobec tego żywiołu. Ja... Wczoraj byłam zbyt zmęczona i przerażona, by zwrócić uwagę na coś innego niż tylko na to, że miałyśmy wiele szczęścia, przecież otarłyśmy się o śmierć. Ale dzisiaj... Dziś chcę cię przeprosić i zrozumiem jeśli mi nie wybaczysz, smoczku.
Amethis dmuchnęła jej w twarz gorącym oddechem. Wyciągnęła szyję i położyła głowę na łóżku obok swojego Jeźdźca, ale cały czas patrzyła jej w oczy.
Och, moja mała, nie mów tak. To ja naraziłam nas wszystkie. Gdybym zareagowała mniej impulsywnie podczas burzy zostałabym w ciepłym domu razem zwami, bo wy nie musiałybyście mnie szukać. Odlatując, gdy widziałam, że pogoda się psuje świadomie naraziłam was na niebezpieczeństwo. Nie mogłam oczekiwać przecież, że mimo łączącej nas więzi zostaniesz tutaj, kiedy mi może się coś stać.
Lili nie pocieszyły te słowa, ale nie mogła zaprzeczyć, że to prawda. Położyła rękę oznaczoną gedwey ignasią na głowie smoczycy między dwoma małymi szpikulcami.
Jesteśmy jeszcze młode, niedoświadczone- stwierdziła.- Ty byłaś za słaba, żeby wylecieć z pułapki, a ja zbyt dumna i przemądrzała, by cię przeprosić, kiedy odleciałaś, a nim jeszcze zerwał się kontakt między nami. Ale Ale czuję, że to się zmieni. Będziemy najlepszymi smokiem i Jeźdźcem od chwili zawarcia układu między elfami i smokami. Lepszymi niż mój tata i Saphira, lepszymi niż Eragon* i Bid'Daum**. Kiedyś takie będziemy.
Amethis zamruczała zadowolona.
Po co czekać?- spytała.-Zacznijmy od razu. Jesteśmy ze sobą tak blisko... Jak jedna dusza w dwóch ciałach. Nie ma tu miejsca na zazdrość, pychę, czy kłótnie. Ramr jest jeszcze mały. Należy mu się dużo opieki. Ja mogę o siebie zadbać. Opiekuj się nim ile chcesz i kiedy chcesz. Obiecuję nie być zazdrosna. Wręcz przeciwnie. Gdy będziesz się nim zajmować ja siądę obok i cierpliwie poczekam aż skończysz.
A ja się pospieszę i resztę popołudnia spędzę z tobą w chmurach.
Układ odpowiadał im obu. Były na dobrej drodze do osiągnięcia pełnej współpracy.

Lili zeszła na dół do niewielkiego boksu przygotowanego specjalnie dla małego konika w dniu, gdy elfka i smoczyce wróciły ze stałego lądu Alagaesii niosąc końskiego noworodka.
Liliana wyczesała Ramrowi sierść i nakarmiła go. Na koniec po naciskała mu czoło w różnych miejscach. Guzek wcale nie zniknął. Wręcz przeciwnie. Wydawało jej się, że jest jeszcze większy, ale nie mogła orzec na pewno. Potem elfka dotrzymując obietnicy dosiadła ametystowej smoczycy i wzniosły się razem w górę. Uwielbiały latać. Były tylko one dwie, chmury i ziemia setki stóp pod nimi.

*          *          *

 Tygodnie mijały jak minuty, a Lilę pochłonął rytm codzienności. Teraz każdy dzień wyglądał tak samo:
Elfka wstawała wcześnie rano, by zająć się Ramrem. Gdy konik był czysty i najedzony, nadchodził czas na lekcje, które ona i Amethis pobierały u Eragona i Saphiry. Po kilku godzinach ćwiczeń miała chwilę dla siebie. Wykorzystywała ją, by polatać ze swoją smoczycą. Późnym popołudniem znów oporządzała ogierka, po czym wcześnie szła spać, by w pełni odzyskać siły przed jutrzejszym dniem.
Lila skończyła już szesnaście lat, a wraz z nią Amethis miała swoje pierwsze urodziny. Jak na roczniaka smoczyca była już bardzo dorosła. Potężna postura i mądrość, którą się odznaczała (tak jak Saphira w jej wieku) czyniły ją starszą niż była w rzeczywistości.
Ramr rósł w oczach. Z konika sięgającego Lili do kolan, wyrósł na wspaniałego ogiera, sięgającego kłębem do głowy swojej właścicielki. Jego guz też się powiększał. W końcu stał się długi, ostry i trochę zakrzywiony. Wyglądał jak... róg.
Jednorożec!!! Lili zdała sobie z tego sprawę. Nigdy nie widziała rogatego konia, ale kiedyś o nich czytała. Podobno mocą magiczną dorównują smokom, ale nie potrafią mówić. Są nieśmiertelne, ale tylko na wolności. W niewoli żyją tyle, ile zwykłe konie.
On nie jest w niewoli- skomentowała Lili do Amethis.- Jest tak samo wolny jak ty, czy ja.
Tak?- Amethis spojrzała na młodego jednorożca.- A czy w każdej chwili mogłabyś go wypuścić z domu samego? Pozwolić mu iść gdzie zechce?
Elfka przemilczała komentarz. Bez słowa poszła do swojego pokoju.
Na urodziny dostała swój pierwszy miecz. Był zakrzywiony, kształtem przypominał trochę szablę. Rękojeść wieńczył piękny ametyst. Teraz wzięła go do ręki i przyglądała mu się uważnie. Nagle do drzwi ktoś zapukał i do pokoju weszła Arya.
-Lili- powiedziała.- Musimy porozmawiać. Bo... Pomyślałam sobie, że Ramr jest już dorosły, dałby sobie sam radę. Może powinnaś wypuścić go na wolność...
-Nie!- ucięła krótko córka.- On zostaje ze mną!
-Robisz mu krzywdę przetrzymując go...- Arya starała się nie krzyczeć, ale głos lekko jej się uniósł.
-Bo ty wiesz co jest najlepsze dla MOJEGO konia?! On był, jest i będzie mój!!!
Wciąż trzymając miecz razem z pasem w ręce, Lili wybiegła z pokoju. Szybko wyprowadziła Ramra przed dom i dosiadła go. Dopiero podczas szale podczas szaleńczego galopu przypięła nagi miecz u pasa i po dłuższej chwili zatrzymała Ramra. Pierwszy raz dosiadała tego rumaka, ale on był spokojny jak baranek. zsiadła z niego i przytuliła go. W głębi umysłu poczuła, że Amethis do niej leci i próbuję się z nią skontaktować, ale Liliana odrzuciła ten kontakt i zablokowała umysł. Nie chciała, by jej przeszkadzano.
Płakała wciąż tuląc do siebie łeb kopytnego przyjaciela. W końcu poczuła się dziwnie obojętna.
-Chcesz być wolny, przyjacielu?- spytała puszczając go z objęć.-Może tak będzie lepiej. Proszę, idź. Jesteś wolny. Nie zapomnę cię.
Odsunęła się, by koń mógł odejść.
Rumak przeszedł kilka kroków, po czym zatrzymał się i spojrzał na nią.
Ja ciebie też nie- usłyszała głębokie echo słów... Ramra. Koń przemawiał do niej w myślach, mimo iż osłaniała go tak, że nawet Amethis nie mogła obejść tej ochrony.- Podobno my jednorożce mamy dar przewidywania przyszłości. Nigdy nie czułem czegoś takiego, ale teraz mogę ci powiedzieć... obiecać, że jeszcze kiedyś się spotkamy. Na nieszczęście dla ciebie będę miał okazję spłacić dług wobec ciebie, twoich rodziców i smoków za uratowanie mi życia. Ale nie potrafię przewidzieć, czy dobrze się to skończy i ile czasu minie, nim te chwile nastaną.
Nie pozwalając Lili spytać o czym on mówi, pobiegł galopem w dal.
Po chwili obok wylądowała Amethis. Widząc jej wściekłe spojrzenie, odsłoniła umysł, by załagodzić sytuację.
Wypuściłam go- mruknęła.- Zadowolona?
Wiesz jak ja się o ciebie martwiłam?!- wybuchła smoczyca- Kiedy zorientowałam się, że wyjechałaś z domu na tym koniu, ty byłaś już za daleko, żeby nawiązać z tobą kontakt.
Wracajmy do domu. Muszę się jeszcze wytłumaczyć rodzicom.- dosiadła smoczycy.
Oj, będziesz się grubo tłumaczyć, moja mała. Wiesz jak przestraszyłaś Aryę, gdy wybiegłaś i zniknęłaś tak bez słowa?- wystartowała  w górę.
Po drodze Lili powtórzyła jej słowa Ramra.
Myślę- skomentowała Amethis- że nie możesz się tym zbytnio przejmować. Nawet jeśli mówił prawdę i przyszłość może przynieść ze sobą nieszczęśliwe wydarzenia, to dzisiaj jest dzisiaj, a jutro będzie jutro. Zamiast tracić życie na zamartwianie się nad tym, co przyjdzie, ciesz się tym, co masz teraz.
Lili była pewna, że usłyszała słowa prawdziwej mądrości...

*Eragon- mowa ty o elfie Eragonie, pierwszym Smoczym Jeźdźcu, który wraz ze swym smokiem, przerwał wojnę    smoczo-elfią.
**Bid'Daum- biały smok. Jako pierwszy złączył (zaprzyjaźnił) się z elfem (o imieniu Eragon.)

Następny post (7.04.2012): ,,Pierwsza miłość."

sobota, 10 marca 2012

Burza

Amethis gwałtownie wstała z ziemi i otrząsnęła się. Źrebak spojrzał jedynie na nią zaskoczony, ale nie odskoczył. Lili szczotkowała mu teraz ogonek.
Och, Lili!- powiedziała zirytowana Amethis.- Już minął tydzień odkąd on- wskazała konika- tu jest, a ty cały czas się nim zajmujesz. Zostaw go wreszcie i dosiądź mnie. Chciałabym rozprostować skrzydła.
Możesz polatać sama- oznajmiła elfka.- Właśnie kończę go czyścić, ale potem obiecałam Arthurowi, że porozmawiamy. Nie mieliśmy na to czasu odkąd się wyklułaś. A w między czasie muszę jeszcze nakarmić Ramra, pobawić się z nim, wyprowadzić go na wybieg, położyć spać...
Dość!!! Ciągle słyszę tylko: Ramr to, Ramr tamto... To może zostań jego Jeźdźcem?! A ja się dziwiłam reakcją mojej matki, gdy chciałaś go wziąć. Teraz rozumiem!
Smoczyca skoczyła w powietrze i zniknęła wśród gęstych, czarnych chmur. Lili nie wiedziała, co bardziej ją zaniepokoiło. Złość smoczycy, czy jej odlot, gdy zbierało się na deszcz.
Elfka zatrzęsła się pod nagłym podmuchem wiatru.
-Chodź, koniku- szepnęła.-Robi się zimno. Ona się trochę pozłości i wróci.
Założyła źrebakowi ręcznie robiony (ze sznurka) kantar, który zdjęła mu na czas czyszczenia, i poprowadziła go do domu.
Lili- Saphira właśnie wylądowała pod domem.- Gdzie jest Amethis?
-Nie wiem- Liliana puściła Ramra wolno w pomieszczeniu.- Gdzieś poleciała, a co?
To niedobrze... Bardzo tam w górze wieje. Do tego robi się coraz zimniej. Lepiej skontaktuj się z nią i powiedz, żeby wróciła.
Lili posłusznie posłała myśli ku swojej smoczycy, ale nie wyczuła jej w pobliżu.
Och- westchnęła w myślach, a jej napięcie z każdą chwilą wzrastało.- Nie ma jej. Odleciała zaledwie przed chwilą, a nie mogę wyczuć jej w pobliżu. Nawet gdyby nie chciała ze mną rozmawiać, a byłaby gdzieś w pobliżu, to mogłabym ją wyczuć. Na pewno nic jej nie jest, wiedziałabym o tym, ale GDZIE ona jest.
Lepiej będzie, jeśli ją poszukamy. Wskakuj!
Smoczyca kucnęła, a Lili zręcznie wsiadła jej na grzbiet.
- A wy gdzie?- spytała Arya, która właśnie wyszła z domu.- To niebezpieczne. Zaraz będzie burza.
Lila chciała odpowiedzieć, ale Saphira ją ubiegła:
Amethis zniknęła. Musimy jej poszukać, nim stanie się coś złego. Jak Eragon zapyta, to powiedz mu, gdzie poleciałyśmy. Ale dopiero, jak będę za daleko, by mógł mnie zatrzymać. Musze pomóc temu mojemu bezmyślnemu pisklakowi.
To powiedziawszy skoczyła w górę, nie czekając na sprzeciwy Aryi. Prąd powietrza od razu zarzucił nią kilka metrów do tyłu. Nie poddała się mu i dzielnie leciała przed siebie. Lot pod wiatr był wręcz niemożliwy. Tylko dzięki swojej sile i doświadczeniu w lataniu mogła się oprzeć huraganowi. Chwilę potem niebo przecięła błyskawica. I jeszcze jedna. Potem zaczął padać ulewny deszcz.
Saphiro- powiedziała Lili w myślach. Ze smokami rodziców (a także Vanilorem i Cierniem) wolała rozmawiać na głos, ale grzmoty zagłuszyłyby jej słowa.- Leć Z WIATREM, nie POD WIATR. Jeśli Amethis leciała tak jak my teraz, to na pewno nie dała rady się mu oprzeć i ją poniósł.
Saphira zawiesiła skrzydła, nie mając zupełnie wpływu na to, gdzie leci. Jedyne co teraz robiła, to starała się opaść niżej niż wierzchołki drzew, by nie była głównym celem, gdy będą błyskać kolejne pioruny.
-Czuje ją!!!- krzyknęła Lili radośnie, a dalej mówiła w myślach:
Ona jest gdzieś nie daleko. Ale nie porusza się. Jej bliskość nas rośnie, ale tylko o tyle, o ile ty się do niej zbliżasz.
Skontaktuj się z nią- poleciła Saphira bezsilnie.- Spytaj gdzie jest.
Nie... Nie mogę. Blokuje przede mną umysł. Bo my... trochę się pokłóciłyśmy. To dlatego poleciała. Chciała być jak najdalej ode mnie.
Wspaniale- mruknęła smoczyca sarkastycznie.- Będziesz pierwszym, i pewnie ostatnim, Jeźdźcem, który przez taką głupotę stracił smoka. Ta burza nie ustaje! Jest coraz gorzej, a ja słabnę!!!
Nie mów tak !!!- Lili właśnie zdała sobie sprawę, ze słów towarzyszki.- Nic jej nie będzie, a ty jesteś silniejsza, niż ci się zdaję.
Nagle wiatr zaczął wiać od góry na dół. Zmienił kierunek tak gwałtownie, że rzucił Saphirą o ziemię... i się uspokoił.
Po chwili obie zorientowały się, że są ze wszystkich stron otoczone niewielkimi, skalistymi wzgórzami (najwyżej pięciokrotnie przewyższały Saphirę i to one osłaniały je przed wiatrem), a obok nich stoi Amethis.
Liliana wykrzyknęła jej imię i przytuliły się.
Tak się martwiłam- powiedziała.- Przepraszam, że tak się zajmowałam Ramrem. Przepraszam...
Nie, to moja wina. Nie powinnam była tak ostro reagować.
Nie chce wam przerywać, ale mamy drobne kłopoty- powiedziała Saphira, patrząc w dal, na coś za córką i elfką.
Lili i Amethis odwróciły się, podążając za jej wzrokiem. Na to co zobaczyły, aż wstrzymały oddech. Za nimi najwyżej dwie minuty drogi od nich, przemieszczała się trąba powietrzna.
Lepiej lećmy stąd- dodała.
Stąd nie można wyjść- powiedziała Amethis.- Próbowałam. Wzgórza są zbyt strome, by po nich wejść, a wiatr nie pozwala wylecieć. Patrzcie.
Smoczyca skoczyła w górę machając skrzydłami, ale potężny wiatr rzucił nią o ziemię.
Musimy coś zrobić, ja się nie poddam- Saphira spojrzała przerażona w stronę tornada.
-Może...- powiedziała Lili drżącym głosem.- Może to przejdzie.
Oba smoki spojrzały na nią zirytowane. Saphira poruszyła się niespokojnie.
Możesz użyć magii- zasugerowała.
-Nie odepchnę trąby powietrznej. To by mnie zabiło!
Możliwe ale...- W oczach Amethis zalśniły iskierki nadziei.- Ale mogłabyś choć częściowo osłonić nas przed wiatrem.
Saphira już miała zaaprobować ten pomysł, gdy nagle usłyszała w myślach przerażony głos Eragona:
Saphira!!! Gdzie jesteście?!
Smoczyca odetchnęła i, starając się by jej głos nie zabrzmiał zbyt przerażony, odparła:
Wszystko w porządku, mój mały. Właśnie wracamy do domu tylko... nastąpiły małe komplikacje. A ty gdzie jesteś? Lili nie mogła skontaktować się z Amethis z domu, więc zgaduję, że tam cię nie ma.
Starała się, by ostatnie zdanie zabrzmiało oskarżycielsko i odwróciło jego uwagę od ich trójki.
Martwiłem się! Musiałem pójść cię poszukać.
Nie powinieneś... Wracaj do domu. Ja zaraz tam będę... chyba...
To powiedziawszy zablokowała umysł, nie pozwalając Eragonowi odpowiedzieć.
Zgodziła się z pomysłem Amethis.
Lili dosiadła swojej smoczycy i rzuciła zaklęcie zgodnie ze wskazówkami Saphiry. Od razu nie opadła z sił, bo, jak tłumaczyła Saphira, to zaklęcie będzie czerpało z jej sił dopiero, gdy wiatr uderzy i będzie musiało działać. Wtedy też będzie mogła je zakończyć, kiedy za bardzo się zmęczy.
No to lecimy- powiedziała Amethis, spoglądając niespokojnie w stronę tornada odległego od nich najwyżej o 15 sekund. Obie smoczyce wystartowały. Wiatr nie uderzył w nie tak, jak wcześniej, ale Lili zachwiała się na grzbiecie smoczycy. Z każdą sekundą robiła się coraz słabsza, a jakby tego było jeszcze mało, to Amethis nie była osiodłana, a jej łuskowaty, mokry od deszczu grzbiet był bardzo śliski.
Amethis...- wyjęczała elfka.
Jeszcze chwilę, Lili, wytrzymaj.
I faktycznie długo nie musiała trzymać zaklęcia. Po kilku sekundach Saphira zarządziła, że dalej dadzą radę lecieć. A ponieważ wiatr zmienił kierunek, to lot był bardzo przyjemny. W mgnieniu oka znalazły się pod domem. Smoki wylądowały, a pod dom wybiegli Eragon i Arya. Oboje bardzo się martwili o całą trójkę. Saphira niechętnie opowiedziała o tym, co się stało. Gdy to opowiadała nawet Arthur, który wciąż był zły na Lilę, że go wydała i nie był już teraz Jeźdźcem, słuchał z zainteresowaniem. A kiedy elfka szła do swojego pokoju założyć jakieś suche ubranie (wcześniej nie miała na to czasu) zatrzymał ją.
-Naprawdę to wszystko przeżyłaś przed chwilą?- spytał.
-Tak- odpowiedziała unikając jego spojrzenia. Ostatnio bardzo się oddalili (ona i Arthur) od siebie.
-Ale ci zazdroszczę!
-Ja się cały czas zastanawiałam, czy ujdziemy z tego żywe, a ty chętnie zająłbyś moje miejsce? Jeśli tak, to może faktycznie bardziej nadajesz się na Jeźdźca niż ja- widząc jego smutne oczy położyła mu rękę na ramieniu i dodała:-Spokojnie. Jest jeszcze dużo jaj, może któreś się dla ciebie wykluje.
-To nie takie proste jak myślisz. Jako jedyny w naszej rodzinie nie mam smoka. A do tego nie jestem nawet nieśmiertelny. Czyżbyś zapomniała, że tata jest człowiekiem? Jeśli nie będę miał smoka to mogę żyć długo, ale nie wiecznie. A jedyne jajo, które może się wykluć dla Jeźdźca to jest to brązowe, które trzymałem w rękach, a smoczek się nie wykluł.
- Może nie był jeszcze gotowy, by się wykluć. A poza tym będą inne- powiedziała Lili i zniknęła w swoim pokoju.

Następny post: ,,Tajemnica Ramra."